Wysłany: Nie Lip 18, 2010 2:51 pm Synowie Ziemi Drawskiej w Port-au-Prince/Haiti
Na upały polecam zdecydowanie MARACUJE, zwaną tu i ówdzie PASSION FRUIT. Owoc to w Polszcze zupełnie nie znany. Chyba, że pod postacią soków tudzież nalewek egzotycznych. Chodzi o to, że maracuja jest totalnie kwaśna. Kwaśniejsza nawet od Kwacha w Charkowie do kupy z próżną Kwachową rozprawiającą o najnowszych fasonach garsonek i dodatków do nich. Skacowanego, 2-3 owoce postawią na nogi w 15 minut! No i dzisiaj właśnie przypadło mi w ''zaszczycie'' dokonać zakupów owocowych na lokalnym rynku w Port-au-Prince. Wokół syf aż strach, smród potu spod pach, w kraju ludzi o białych zębach. I gdyby z ułożonych w prostokąt dłoni zrobić mały ekranik i wyciąć w ten sposób wraki samochodów kopcących opodal, to można by się poczuć jak w połowie XIX wieku, gdzieś w nigeryjskiej osadzie. Totalny prymityw i nieopisywalne ubóstwo, spotęgowane tragedią sprzed pół roku. W sumie żal mi tych ludzi, chociaż wzrok co poniektórych kojarzy mi się z moją ostateczną kąpielą w kotle z rosołem. No, ale do rzeczy. No i tak łażę z tym moim ''asfaltowym impresario''. Tu jakieś tomaty, tamój nadgniłe banany. Upał ze 4 dychy, a wilgotność jak w Wieliczce na najniższym pokładzie. Słowem siekierę można powiesić. I wtem, ja pierdykam, przecież to marucuje! Dawaj bladź, bo zaraz padnę jak Świerczewski pod Baligrodem! - spragnionym okrzykiem wyrzuciłem z piersi i pieśni. W chwilę potem ćwiknąłem kreolskiej handlarce cały jej towar z jej rozwalającego się kramu, wcale się długo nie targując. Zbiłem tylko wyjściową cenę o jakieś 35%, wyciągnąłem swojego ironman'a i przeciąłem ze 3 sztuki jednym cięciem, niczym Jędruś Kmicic świece w Potopie. Następnie wcisnąłem w siebie żelową zawartość owych darów niebios i momentalnie odżyłem. I totalny i wszechobecny odór nie był mi już straszny i ta wilgotność nieznośna jeszcze przed chwilą i wzrok tych setek oczu wodzących za mną tak jakby widziały bladą twarz po raz pierwszy w ich życiu. Słowem ulga i luzik! No i na koniec dobrałem jeszcze z 80 kilo mango (najsłodszych i najlepszych na świecie) i z tyleż samo avocado, które niby mdłe, a fantastycznie ''wchodzą'' z cukrem i mlekiem kokosowym. W drodze powrotnej na łajbę, zatrzymaliśmy się jeszcze na targu rybnym, gdzie dobrałem 12 monstrualnej wielkości świeżusieńkich homarów (ważyły chyba z tonę - jakieś 30 kilo) i sporą siatkę langust. Nie były tanie, o nie...! Jutro po wyjściu w morze, ogłaszam święto państwowe i na zakończenie uroczystości mszę pokładową zwieńczoną imprezą integracyjną i kolacją ''bogów''. Serdecznie zapraszam. Szef szefa kuchni - SeaWolf.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum